Uznano, że nie nadaje się do małżeństwa.

Rozmawialiśmy dwie godziny o Szekspirze, książkach, filozofii i ideach. Josiah był samoukiem; jego wiedza była fragmentaryczna, ale umysł bystry, a pragnienie wiedzy widoczne. I w miarę jak rozmawialiśmy, mój strach topniał.

Ten człowiek nie był brutalem. Był inteligentny, życzliwy, rozważny, uwięziony w ciele, które społeczeństwo postrzegało i postrzegało jedynie jako potwora. Książki i literatura

„Josiah” – powiedziałem w końcu – „jeśli to zrobimy, chcę, żebyś coś wiedział. Nie uważam cię za brutala. Nie uważam cię za potwora. Uważam, że jesteś osobą utkniętą w beznadziejnej sytuacji, tak jak ja”.

Jej oczy nagle napełniły się łzami. „Dziękuję, panienko.”

„Mów mi Elellanar. Kiedy jesteśmy sami, mów mi Elellanar.”

„Nie powinnam, proszę pani. To nie byłoby stosowne.”

„Nic w tej sytuacji nie jest sprawiedliwe. Jeśli mamy być mężem i żoną, czy jakkolwiek to ma wyglądać, powinieneś używać mojego nazwiska”.

Powoli skinął głową. „Elellanar”. Moje imię i jego głęboki, delikatny głos rozbrzmiały niczym muzyka.

„W takim razie ty też powinnaś coś wiedzieć. Nie uważam, że nie nadajesz się do małżeństwa. Uważam, że mężczyźni, którzy cię odrzucili, byli głupcami. Mężczyzna, który nie widzi niczego poza wózkiem inwalidzkim, nie dostrzega osoby w środku, nie zasługuje na ciebie”.

To była najżyczliwsza rzecz, jaką ktokolwiek powiedział mi w ciągu ostatnich czterech lat.

„Zrobisz to?” zapytałem. „Czy zaakceptujesz plan mojego ojca?”

„Tak” – odpowiedział bez wahania. „Będę cię chronić. Będę się tobą opiekował. I postaram się być ciebie godny”.

„Postaram się, żeby ta sytuacja była znośna dla nas obojga.”

Przypieczętowaliśmy umowę uściskiem dłoni, jego ogromna dłoń objęła moją, ciepła i zaskakująco delikatna. Radykalne rozwiązanie mojego ojca nagle wydało się mniej niemożliwe.

Ale co stało się potem? Czego dowiedziałem się o Josiahu w kolejnych miesiącach? To właśnie wtedy ta historia przybiera nieoczekiwany obrót.

Porozumienie formalnie weszło w życie 1 kwietnia 1856 roku.

Mój ojciec przeprowadził skromną ceremonię, nie był to legalny ślub, ponieważ niewolnicy nie mieli prawa się żenić, i z pewnością nie był to ślub uznawany przez białe społeczeństwo, ale zebrał służbę, przeczytał kilka wersetów z Biblii i oznajmił, że odtąd Josiah będzie się mną opiekował.

„Porozmawiajcie z moim autorytetem o losie Eleanor” – powiedział mój ojciec do wszystkich obecnych. „Traktujcie ją z szacunkiem, na jaki zasługuje jej pozycja”.

Dla Josiaha przygotowano pokój sąsiadujący z moim, połączony drzwiami, ale oddzielny, aby zachować pozory przyzwoitości. Przeniósł tam swoje nieliczne rzeczy osobiste z kwater niewolników: kilka ubrań, kilka potajemnie zgromadzonych książek, narzędzia z kuźni. Książki i literatura

Pierwsze kilka tygodni było niezręcznych. Dwoje obcych ludzi próbowało odnaleźć się w beznadziejnej sytuacji. Przyzwyczaiłam się do gosposi. On był przyzwyczajony do ciężkiej pracy. Teraz to on był odpowiedzialny za intymne czynności. Pomagał mi się ubierać, nosił mnie, gdy wózek inwalidzki nie działał, zajmował się potrzebami, o których nigdy nie wyobrażałam sobie rozmawiać z mężczyzną.

Ale Josiah podchodził do wszystkiego z niezwykłą wrażliwością. Kiedy musiał mnie odebrać, najpierw pytał o pozwolenie. Kiedy pomagał mi się ubrać, unikał wzroku, kiedy tylko mógł. Kiedy potrzebowałam pomocy w sprawach osobistych, dbał o moją godność, nawet gdy sytuacja była z gruntu nieprzyzwoita.

„Wiem, że to niewygodna sytuacja” – powiedziałem mu pewnego ranka. „Wiem, że to nie ty ją wybrałeś”.

„Ty też nie”. Reorganizował moją półkę z książkami. Wspomniałam, że chcę ją ułożyć alfabetycznie, a on się tym zajął. „Ale dajemy radę”.

„Czy my?”

Spojrzał na mnie, jego imponująca postać wydawała się niegroźna, gdy klęczał przy półce z książkami. „Ellaner, całe życie byłem niewolnikiem. Pracowałem w upale, który zabiłby większość mężczyzn. Byłem biczowany za swoje błędy, sprzedawany i wypędzany przez rodzinę, traktowany jak dźwięczny wół”. Wskazał gestem na wygodny pokój. „Mieszkanie tutaj, troska o kogoś, kto traktuje mnie jak człowieka, dostęp do książek i rozmów… To nie jest cierpienie”. Rodzina

„Ale nadal jesteś niewolnikiem.”

„Tak, ale wolałbym być niewolnikiem tutaj z tobą, niż wolnym, ale samotnym gdzie indziej”. Wrócił do czytania książek. „Czy to źle?”

„Nie sądzę. Myślę, że jest szczery.”

Ale oto, czego mu nie powiedziałam. Czego wciąż nie mogłam przyznać przed sobą. Zaczynałam coś czuć. Coś niemożliwego. Coś niebezpiecznego.

Pod koniec kwietnia wypracowaliśmy sobie rutynę. Rano Josiah pomagał mi w przygotowaniach, a potem zabierał mnie na śniadanie. Potem wracał do kuźni, a ja zajmowałam się rachunkami domowymi. Po południu wracał i spędzaliśmy razem czas. Książki i literatura

Czasami obserwowałem go przy pracy, zafascynowany tym, jak przemieniał żelazo w użyteczne przedmioty. Czasami czytał mi, a jego umiejętność czytania znacznie się poprawiła dzięki dostępowi do biblioteki mojego ojca i moim prywatnym lekcjom. Wieczorami rozmawialiśmy o wszystkim: o jego dzieciństwie na innej plantacji, o matce, którą sprzedano, gdy miał dziesięć lat, i o jego marzeniach o wolności, które wydawały się nieosiągalne.

 

I opowiedziałam o mojej matce, która zmarła, gdy się urodziłam. O wypadku, który mnie sparaliżował, o poczuciu uwięzienia w ciele, które nie działało, i w społeczeństwie, które mnie nie chciało. Byliśmy dwojgiem wyrzutków, którzy znaleźli pocieszenie w swoim towarzystwie.

W maju coś się zmieniło. Obserwowałem Josiaha pracującego w kuźni, rozgrzewającego żelazo do czerwoności, a następnie nadającego mu kształt precyzyjnymi pociągnięciami.

„Myślisz, że mogłabym spróbować?” – zapytałam nagle.

Spojrzał w górę ze zdziwieniem. „Spróbować czego?”

„Praca kucia. Wykuwanie czegoś.”

„Eleanor, jest gorąco, niebezpiecznie i…”

„—i nigdy w życiu nie zrobiłam niczego wymagającego wysiłku fizycznego, bo wszyscy uważają, że jestem zbyt krucha, ale może z twoją pomocą dałabym radę”.

Długo na mnie patrzył, a potem skinął głową. „Dobrze, teraz to bezpiecznie naprawię”.

Postawił mój wózek inwalidzki obok kowadła, podgrzał mały kawałek żelaza, aż nadawał się do obróbki, położył go na kowadle, a następnie dał mi lżejszy młotek.

„Uderz dokładnie tam. Nie martw się siłą. Po prostu poczuj, jak metal się porusza.”

Uderzyłem. Młot uderzył w żelazo z cichym hukiem. Ledwo zostawił ślad.

„Jeszcze raz. Odwróć się do niego plecami.”

Uderzyłem mocniej. Lepiej. Żelazo lekko się wygięło.

„Dobrze. Jeszcze raz.”

Waliłem młotem bez przerwy. Paliły mnie ręce. Bolały mnie ramiona. Pot lał mi się po twarzy. Ale wykonywałem pracę fizyczną, kształtując metal własnymi rękami. Kiedy żelazo ostygło, Josiah podniósł lekko wygięty kawałek.

„Twój pierwszy projekt. To niewiele, ale udało ci się”. Odłożył żelazko. „Jesteś silniejszy, niż myślisz. Zawsze byłeś silny. Potrzebowałeś tylko odpowiedniego zlecenia”.

Od tego dnia spędzałem godziny w kuźni. Josiah nauczył mnie podstaw: jak nagrzewać metal, jak go kuć i jak nadawać mu kształt. Nie byłem wystarczająco silny, żeby wykonywać ciężkie prace, ale potrafiłem tworzyć małe przedmioty: haki, proste narzędzia, ozdoby.

Po raz pierwszy od 14 lat, od wypadku, poczułem, że fizycznie jestem w stanie coś zrobić. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa, ale ręce i dłonie działały. I w kuźni to wystarczyło.

Ale działo się coś jeszcze. Coś, czego nie mogłem kontrolować.

Czerwiec przyniósł inne objawienie. Pewnego wieczoru byliśmy w bibliotece. Josiah czytał Keatsa na głos. Jego czytanie poprawiło się do tego stopnia, że ​​rozumiał złożone teksty. Jego głos był idealny do poezji. Głęboki, dźwięczny, nadający ciężaru każdemu wersowi.

„Piękno to wieczna radość” – przeczytał. „Jego piękno wzrasta. Nigdy nie zniknie w nicość”.

„Naprawdę w to wierzysz?” – zapytałem. „To piękno jest wieczne”.

„Wierzę, że piękno w pamięci jest wieczne. Sam obiekt może blaknąć, ale pamięć o pięknie pozostaje.”

Co najpiękniejszego kiedykolwiek widziałeś?

Przez chwilę milczał. Potem: „Wczoraj w kuźni, cały w sadzy, spocony, śmiejąc się, wbijając ten gwóźdź. To było piękne”.

Serce podskoczyło mi w piersi. „Josiah, przepraszam. Nie powinnam była…”

„Nie”. Przysunąłem wózek bliżej miejsca, w którym siedział. „Powiedz to jeszcze raz”.

„Byłaś piękna. Jesteś piękna. Zawsze byłaś piękna, Elellanar. Wózek inwalidzki tego nie zmieni. Złamane nogi tego nie zmienią. Jesteś inteligentna, miła, odważna i, tak, fizycznie piękna”. Jej głos stał się bardziej dumny. „Dwunastu mężczyzn, którzy cię odrzucili, to ślepi idioci. Zobaczyli wózek inwalidzki i przestali patrzeć. Nie widzieli ciebie. Nie widzieli kobiety, która nauczyła się greki tylko dlatego, że mogła, która czytała filozofię dla przyjemności, która nauczyła się kuć żelazo pomimo złamanych nóg. Nie widzieli tego wszystkiego, bo nie chcieli”.