Motocyklista zdecydował się na adopcję małej dziewczynki z zespołem Downa, której nikt inny nie chciał przyjąć.

Czasami życie rzuca nam pod nogi spotkania, które zmieniają wszystko. Pozornie drobne momenty, ale zdolne na nowo zdefiniować całe istnienie. Ta historia zaczyna się od dwuletniej dziewczynki, pluszowego misia tulącego ją do serca i spojrzeń dorosłych, którzy zbyt często odwracali od niej wzrok. Miała na imię Lina i nikt nie wydawał się gotowy, by jej powiedzieć „tak”.

Kiedy nikt nie chce patrzeć dalej niż na pozory

Lina spotkała się już z dziesiątkami odrzuceń. Powody się zmieniały, ale wniosek pozostawał ten sam: zbyt skomplikowane, zbyt wymagające, zbyt odmienne. Dorośli widzieli w tym plik, ograniczenia, przyszłość, którą wyobrażali sobie jako uciążliwą. Rzadko dziecko. Rzadko jej śmiech, jej delikatność, jej niepowtarzalny sposób podziwiania wszystkiego.

Zespoły wokół niej robiły, co mogły, ale na ich twarzach malowało się wyczerpanie. Myśl o przyszłości w instytucji wydawała się ostatecznością, z braku innych opcji. Mimo to Lina wciąż się uśmiechała, nieświadoma dyskusji toczących się nad jej głową.