Wszystko w jednej chwili wymknęło się spod kontroli. Pielęgniarka podeszła do mnie i zapytała, czy mam zawroty głowy, czy upadłam, czy krwawię, czy potrzebuję natychmiastowej pomocy. Recepcjonistka wezwała ochronę. Dwie kobiety przy oknie zaczęły zbierać moje porozrzucane papiery. Brooke spojrzała na ekran i zbladła.
„Tysiące ludzi patrzyło” – powiedział.
Pamiętam, jak wyraz twarzy Sandry się zmienił. To nie było poczucie winy. To nie było zmartwienie. Tylko panika… o siebie.
Odwróciła się do mnie i nagle, bez tchu, powiedziała: „Musisz im powiedzieć, że to nie jest to, na co wygląda”.
Spojrzałem na nią.
Nie "Czy wszystko w porządku?" Nie "Czy zrobiłem ci krzywdę?" Nie "Zadzwoń do Caleba".
To wszystko.
Pielęgniarka pomogła mi usiąść na krześle, mierząc mi puls i próbując uspokoić oddech. Nie miałam skurczów żołądka – dzięki Bogu – ale całe moje ciało drżało. Zdrętwiałymi palcami napisałam do Caleba: „Twoja matka zaatakowała mnie w klinice. Przyjdź natychmiast”.
Zadzwonił do mnie natychmiast. Przełączyłem go na głośnik, bo trzęsły mi się ręce.
„Co masz na myśli mówiąc, że cię zaatakował?” zapytał.
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, Sandra mi przerwała. „Cichooo
On przesadza. Zaszło nieporozumienie.
Brooke, wciąż trzymając telefon, powiedziała głośno: „Nie, proszę pana. Jej matka ją uderzyła i przycisnęła do ściany. Transmisja na żywo”.
Milczenie Caleba dało mi do zrozumienia, że zrozumiał.
„Idę tam” – powiedział.