Tego popołudnia siedziałem w poczekalni kliniki, a Sandra patrzyła na mnie, przeglądając moją dokumentację medyczną i nie zadając żadnych pytań.
„Po co ci te wszystkie badania?” – zapytała. „Kobiety rodzą dzieci codziennie, nie robiąc z tego widowiska”.
Sięgnąłem po plik. —Oddaj mi go.
Zamiast mi to podać, wyciągnął dwie strony i je przejrzał. „Monitoring wysokiego ryzyka? Więc teraz mój syn musi finansować też twoje kruche zdrowie?”
Wstałam zbyt szybko, puls mi walił. —Sandra, przestań.
Po drugiej stronie pokoju młoda kobieta z telefonem opartym o kubek z kawą, lekko się uśmiechająca i rozmawiająca z ekranem, ledwo ją zauważyłem. Założyłem, że rozmawia przez wideo.
Sandra przedarła pierwszą stronę na pół.
Dźwięk rozrywania zmroził mi krew w żyłach.
„Co ty robisz?” Rzuciłam się na teczkę, ale ona ją odepchnęła, wyrywając kolejne kartki – wyniki badań laboratoryjnych, notatki o lekach, daty wizyt – mamrocząc: „Używasz papierów tak, jak inne kobiety używają łez”.
Złapałem ją za nadgarstek. Uderzyła mnie tak mocno, że przechyliłem głowę na bok.
W pokoju dało się słyszeć westchnienia.